Słowo o Barwach Gestaltu

25 września 2026

Dobry dobry;

Nazywam się Aleksandra Sękowska i zanim opowiem, po co właściwie powstała ta książka, chciałabym zacząć od pewnej obserwacji dotyczącej przeprowadzania samych wywiadów. Bo wywiad z psychoterapeutą to jest jednak dość specyficzny gatunek.

Dziennikarz pyta: „Kiedy to się zaczęło?”.
A psychoterapeuta odpowiada: „To zależy, co rozumiemy przez zaczęło”.

I właściwie już w tym momencie wiadomo, że nie będzie krótko. Bo potem pojawia się historia, dygresja, ktoś ważny z przeszłości, nagle wkrada się zupełnie inny wątek czy następuje chwila zastanowienia… a na końcu okazuje się, że odpowiedź na to pierwsze pytanie rzeczywiście padła… tylko trzeba było trochę na nią poczekać.

Chyba właśnie dlatego rozmowy w tej książce są takie, jakie są. Nie są zestawem odpowiedzi na pytania. Są spotkaniami, z których czasem wychodzimy w zupełnie innym miejscu, niż było zaplanowane.

Kiedy zaczynaliśmy pracę nad książką,

mogliśmy po prostu opisać te 25 lat. Zgromadzić daty, wydarzenia, kolejne szkoły czy programy, akredytacje – wszystko co można byłoby ująć w kalendarium. Ale bardzo szybko okazało się, że to nie wystarczy.

Bo kiedy zaczynamy opowiadać historię miejsca, które tworzą ludzie, to same fakty nie mówią jeszcze najważniejszego. Za każdą datą jest czyjaś decyzja, czyjaś odwaga, jakieś spotkanie, czasem niełatwa rozmowa, czasem ciekawość. Dlatego w tej książce szukaliśmy tego, co wydarzało się pomiędzy ludźmi przez te 25 lat.

Skoro jesteśmy już przy tym, że wywiad z psychoterapeutą rzadko prowadzi najkrótszą drogą do odpowiedzi, to jedna z historii przytoczona przez Zofię Pierzchałę, prywatnie moją Mamę, zapadła mi w pamięć.

Opowiada o nieporozumieniu z Dorotą. Takim prawdziwym. Były emocje, urażenie, kłótnia. Wsiadły do samochodów i każda pojechała w swoją stronę. Zosia jedzie i w pewnym momencie orientuje się, że właśnie przejechała na czerwonym świetle. Zjeżdża na pobocze i dzwoni do Doroty. A Dorotka, wzburzona, mówi: „Zosiu, tak nie możemy. Wiesz, co ja przed chwilą zrobiłam? Przejechałam na czerwonym”.

I pomyślałam, że ta anegdota jest bardzo gestaltowska: obie, każda na swój sposób, zauważają, co się z nimi dzieje – i wracają do kontaktu. W tej książce przeczytacie historie, których nie sposób zapisać w kronice. A mianowicie, że przez te 25 lat ludzie podejmowali także trudne decyzje, czasem się ze sobą spierali. Czasem rozmijali. Ale najważniejsze jest to, że jednak do siebie wracali, by dalej ze sobą rozmawiać.

W pewnym momencie Instytut

przestał być historią jedynie Zofii i Doroty. Po kilku latach dołącza Andrzej Wroński – absolwent pierwszego rocznika Szkoły Psychoterapii.

Zofia opowiada o tej chwili w książce. Mówi do Dorotki: „Dwie to za mało”. I nazywa siebie, Dorotę i Andrzeja trzema filarami Instytutu, a chwilę później dodaje, że „są różni, że się uzupełniają, czasem spierają, ale zawsze wspierają i dużo od siebie wymagają”.

I chyba właśnie tak zaczyna się prawdziwy zespół. Nie wtedy, kiedy wszyscy myślą tak samo, tylko wtedy, kiedy różnice zaczynają pracować na wspólną rzecz.

Andrzej powiedział w swoim wywiadzie o czymś, co bardzo dobrze pasuje do tej historii: że nie uczy tylko terapii, ale uczy bycia w relacji.

Zastanawiałam się nad tymi słowami w kontekście historii Instytutu. I uważam, że nie mówią ono jedynie o tym, czego uczymy studentów. Mówią też o tym, jak przez te lata sami uczyliśmy się być ze sobą – jako nauczyciele, współpracownicy, przyjaciele, czasem ludzie, którzy mają zupełnie różne zdania. Bo Instytut od początku był szkołą psychoterapii. Ale jest też miejscem, które uczy jak być odrębnym, a jednocześnie razem.

A potem tych osób do Zespołu przybywa coraz więcej. I kiedy czytamy kolejne rozmowy, widzimy, że w historii Instytutu często pojawia się jeszcze jeden, szczególny rodzaj spotkania – spotkanie mistrza z uczniem i ucznia z mistrzem.

Hania Palich wspomina swoich mistrzów i to, co od nich dostała. Piękne jest, co dzieje się później. Bo po kilku latach spotyka swoich absolwentów i słyszy: „Prowadzę własną grupę”. A jeszcze później ci sami ludzie przychodzą do niej na superwizję. Kiedyś jej uczniowie – dziś, koleżanki i koledzy po fachu.

To jest chyba jedna z najcenniejszych rzeczy, jaka może wydarzyć się w miejscu, które kształci w zawodzie psychoterapeuty. Że człowiek, którego kiedyś uczyliśmy, zaczyna robić coś własnego. Nie powiela nauczycieli, idzie dalej własną ścieżką. Z zasobem, w który został wyposażony.

Dlatego w książce jest mowa

o mistrzach, nauczycielach i uczniach. Bo przez ćwierćwiecze ta droga nieustannie się zmieniała. Jedni przekazywali coś następnym, następni dodawali do tego swój kawałek, a później sami stawali się nauczycielami. A właściwie, co zostaje po tych nauczycielach? Nie tylko wiedza czy konkretne sposoby pracy. 

Ela Pożarowska mówi w wywiadzie o terapeucie, który chce być bliżej prawdy niż perfekcji.

To zdanie dobrze pokazuje, co może zostać w człowieku po latach nauki. Nie chodzi o to, żeby być idealnym terapeutą. Ani idealnym nauczycielem. Chodzi raczej o to, żeby coraz lepiej rozumieć siebie i drugiego człowieka oraz mieć odwagę zobaczyć również to, czego jeszcze nie umiemy. A wówczas to, co dostaliśmy od naszych mistrzów, zaczynamy przekazywać dalej, niekoniecznie w tej samej formie. Czasem zupełnie po swojemu.

Dorota opowiada w książce, że w pewnym momencie zrozumiała, że Instytut przestał być tylko Zosi i jej przedsięwzięciem. Stał się wspólnotą ludzi, którzy współtworzą jego historię i niosą dalej to, co od początku było dla nich obu ważne.

Co najbardziej podoba mi się w Barwach Gestaltu?

To, że nie znalazłam tutaj przekonania, że trzeba wszystko robić tak samo. Przeciwnie. Jest w niej dużo zgody na to, że nie wszyscy musimy iść w tym samym kierunku.

I właśnie tutaj odpowiedzi osób udzielających wywiadów splatają się ze sobą najmocniej. Bo kiedy pytamy o to, co chcieliby zostawić swoim uczniom, nie słyszymy o metodach, narzędziach i technikach. Słyszymy o sposobie patrzenia na człowieka. O uważności. O odwadze, żeby nie wiedzieć. O tym, żeby nie próbować być kimś innym, niż się jest. Oraz o tym, że w tej pracy trzeba wciąż na nowo poznawać siebie.

Michał Kostrzewski pod koniec swojego wywiadu nazywa to bardzo prosto. Zapytany, co chciałby, żeby zostało w jego uczniach, odpowiada właściwie jednym zdaniem: „żeby pamiętali, że na początku jest relacja”.

To zdanie mnie zatrzymało. Myślę, że jest ono czymś więcej niż jedynie podsumowaniem tej jednej rozmowy. Jeśli spojrzeć na początki Instytutu, to rzeczywiście wszystko zaczęło się od spotkania dwóch osób: Mamy i Dorotki. Potem pojawiali się kolejni ludzie. Uczniowie stawali się nauczycielami, powstawały kolejne programy szkoleniowe. Zmieniały się siedziby, zmieniały się potrzeby, zmieniały się sposoby pracy.

Ale coś niezmiennie pozostawało…
…Potrzeba spotkania z drugim Człowiekiem.

Siedem osób opowiada

o tym samym miejscu, ale każda widzi je trochę inaczej. Jedna pamięta przede wszystkim swoich nauczycieli, inna ludzi, z którymi pracowała, jeszcze inna momenty przełomowe albo rzeczy, które wydarzyły się zupełnie poza salą szkoleniową. Czasami te wspomnienia się uzupełniają. Czasami trochę różnią. I bardzo dobrze! Bo przecież gdyby po 25 latach wszyscy pamiętali wszystko dokładnie tak samo…

…to dopiero byłby temat na wywiad!

Barwy Gestaltu nie próbują stworzyć jednej, obowiązującej wersji tego, co wydarzyło się w Instytucie. Są raczej zapisem jak różne osoby pamiętają i opowiadają ten sam kawałek wspólnej historii. Z tych różnych perspektyw powstał obraz, który jest pełniejszy niż każda osobna opowieść.

Może dlatego właśnie w tytule mamy „barwy” – bo przez 25 lat tych barw było naprawdę wiele. Były momenty lekkie i trudne, zachwyt i zmęczenie, sukcesy i pomyłki, początki i pożegnania. Byli ludzie, którzy przyszli na chwilę, i tacy, którzy zostali na wiele lat.

Pomyślałam sobie, że w pewnym sensie

ta książka sama stała się częścią tej historii. Przez ostatnie miesiące spotykaliśmy się wokół wspomnień innych ludzi, wracaliśmy do starych zdjęć, szukaliśmy dat, wydarzeń. Jedne pamiętaliśmy bardzo dobrze, inne trzeba było sobie przypomnieć. Czasem okazywało się, że ten sam fakt został zapamiętany zupełnie inaczej.

Barwy Gestaltu są także książką o pamiętaniu. Są śladem ludzi, którzy przez 25 lat byli częścią naszej historii. Nie sposób pominąć tych, których dziś z nami nie ma. Przez ten czas odeszli ludzie ważni dla Instytutu. I dla osób, które Instytut tworzą. Jednak nie zniknęli. Zostali w opowieściach, w zdjęciach, w tym, co stworzyli.

… w naszej pamięci.

Drzewo życia – znak Instytutu, w swojej symbolice obrazuje także pamięć. Drzewo ma korzenie, ma gruby pień, gałęzie. Pojawiają się na nim nowe miejsca i nowe historie. Ale te nowe gałęzie nie sprawiają, że wcześniejsze przestają istnieć. Podobnie jest z Instytutem. Przez 25 lat przychodzili nowi ludzie, powstawały nowe pomysły, kolejne pokolenia szły własnymi ścieżkami. A jednak to wszystko wyrosło z tego, co wydarzyło się wcześniej.

Podziękowania

Chcę podziękować wszystkim, którzy pracowali nad powstaniem tej książki. Wymienię na pierwszym miejscu Agnieszkę Muchę – za wnikliwe wywiady, „Słowo wstępne” i aptekarską wręcz precyzję korektorską. Marcie Razowskiej i Joli Królas, które są dzisiaj z nami. Marcie – za nieszablonowe pomysły związane ze składem i wyglądem tej książki. Joli – za czuwanie nad procesem drukarskim i przygotowaniem technicznym zdjęć, które będziecie oglądać. Julkowi Wegrzynowi, Tereni Wolańskiej i Agnieszce Sitarz – za ich pracę i duże zaangażowanie.

Dziękuję także wszystkim osobom, które udostępniły materiały. Dzięki Wam ta historia ma nie tylko słowa, ale też twarze, miejsca i obrazy.

Mam nadzieję,

że od dzisiaj Barwy Gestaltu pójdą z Wami dalej. Za chwilę trafią do Waszych rąk. To prezent dla gości naszej Jubileuszowej Biesiady – jako zapis 25 lat, ale też jako podziękowanie za to, że jesteście częścią historii Instytutu.

Kiedy będziecie ją czytać, chciałabym, żebyście znaleźli w niej nie tylko nasze wspomnienia, ale także rozpoznali kogoś znajomego, przypomnieli sobie jakiś ważny moment czy odnaleźli siebie na zdjęciu sprzed lat.

Bardzo dziękuję.